Lecimy na Marsa, czyli słów kilka o ołówkach Staedtler

Dziś opowiem Wam co nieco o ołówkach firmy Staedtler, a dokładnie o linii Mars lumograph, które przyjechały do mnie razem z blokami od Happy Color.

Potrzebuję tutaj pewnej wzmianki.

Otóż Staedtler, między innymi, produkuje tzw. Kredki z ABS`em. Czyli ze specjalną powłoką, która zapobiega ich łamaniu.  Natmiast ołówki…  tego niestety nie mają.

Jednakże grafit jest klejony na całej długości co, według firmy, również powoduje ową niełamliwość.

Postanowiłem to sprawdzić jeszcze przed rozpoczęciem rysunku. Wybrałem do tego celu ołówek 5b. Lubię te miękkie, najczęściej używam 8b, a w tym zestawie jest nawet 9b, wiec tej piątki  nie będzie mi szkoda nawet jeśli się połamie.

Tak więc… z bólem serca, ale…

Zrzuciłem go kilkukrotnie z wysokości biurka na podłogę. Ot, tak, jak to zwykle mamy w zwyczaju robić podczas rysowania, przez co większość ołówków w drewnianej oprawie, prosto z podłogi, musi wylądować w koszu. Połamany grafit to zmora każdego, kto ma choć ciutkę coś wspólnego z rysowaniem. Staedtler po upadku nie miał żadnych widocznych uszkodzeń, nawet zatemperowany wcześniej nosek mu się nie złamał. Pomyślałem, że zrzuciłem za słabo, więc ponowiłem operację. Potem jeszcze raz. I jeszcze…
Koniec końców – postanowiłem zrzucić wszystkie ołówki z zestawu. A co! Jak test to test!

Zewnętrznych obrażeń nie miał, ale ważne czy w środku grafit wytrzymał? Zobaczymy, co wyjdzie w trakcie pracy.

Jeszcze Wam powiem ciekawostkę. Jakiś czas temu wpadła mi w ręce angielska recenzja, a właściwie porównanie ołówków Staedtler, Conte, Cretacolor i Koh-i-noor. Wyobraźcie sobie, że w tym porównaniu najlepiej wypadły  conte i Staedtler, potem Cretacolor a o kohinoorach, osoba ta wypowiedziała się, że w ogóle nie była w stanie nimi rysować z powodu fatalnej jakości.

Rany… że co??? Nie była w stanie rysować moimi ulubionymi kohinorami?  Pomyślałem sobie: kurde, no co za bzdura. I wówczas z nieba spadła paczka od Happy Color z kompletem ołówków w środku.

Kiedy zacząłem rysować włosy Stevena… Kojarzycie Stevena Tylera, prawda? Może prędzej, jego córkę… (Ach, Liv) No więc, kiedy zacząłem rysować jego włosy, oczywiście najbardziej miękkim 9b, po pierwszych pociągnięciach pomyślałem sobie, że coś jest nie halo. Jakiś dziwny ten ołówek. Taki…. mazisty. Plastyczny. Plastelinowy. Plastusiowy. Ale nic to. Dam radę. Jak zacząłem to skończę.

Po kilku kolejnych włosowych puklach pomyslalem, że to nie halo jest jakieś nie halo…

Od jakiegoś dłuższego czasu, przy rysowaniu portretów używam wiszerów i pędzli do rozcierania grafitu. Tutaj natomiast, połowę tego efektu uzyskuje się już samym ołówkiem. Jest tak miękki, że nie szoruje a płynie po kartce, zostawiajac bardzo łagodne przejścia pomiędzy tonami. Wiszerem włosów raptem dotknąłem, bo nie było potrzeby, by zbytnio to rozcierać.

W tym miejscu warto wspomnieć, że nie każdy ołówek rozetrzeć się łatwo da. Progresso, na przykład, tego nie lubi.

Ołówki Staedtler`a natomiast, bardzo chętnie z wiszerami współpracują, ale efekt rozmycia uzyskuje się już w znacznym stopniu samym ołówkiem, z czym do tej pory się jeszcze nie spotkałem. I zaczyna mi się to podobać.

Nad oczami pracowałem 5b, tym, który miał się połamać. Póki co, jednak nic nie wskazuje na to by w środku były uszkodzenia, trochę go potemperuję i zobaczymy.

A tymczasem jeszcze kilka słów o papierze.

Mam fioła na punkcie jakości podłoża, na którym rysuję.  Kupuję go w hurtowych ilościach, ciągle sprawdzam nowe, różne gramatury, różne firmy, mam tego w półce już pokaźną ilość. Jak tylko pojawi się nowy blok – od razu muszę wypróbować. Długi czas rysowałem na Cansonach ale od około pół roku używam w większości rysunków bloku Happy Color. I mówię to całkiem poważnie, nie dlatego, że akurat od nich dostałem materiały. Ten papier jest najdroższy ze wszystkich, które kupowałem, ale warto dołożyć dwa złote więcej i mieć komfort pracy. Powierzchnia nie jest ani zbyt gładka, ani zbyt porowata. Może jeszcze nie idealna ale mi pasuje, zresztą ten papier zobaczycie w wielu moich pracach.

250g, więc dość gruby, może nawet zbyt gruby, ale dzięki temu Papier się nie załamuje, a to jest coś czego nie znoszę, wiec dla mnie jest Ok.

Dobra…. o czym to ja mam mówić?

Aaaaa   Ołówki. Miękkie są miękkie.

A twarde są twarde. Poważnie.

Ołówkiem 5b można spokojnie machnąć cały rysunek, jest na tyle miękki, że możecie zapomnieć o wyższych numerach, już tym jednym uzyskacie głęboką czerń, ale jednocześnie można nim spokojnie cieniować twarz.

Za to wszystkie h – a ołówka 2h użyłem do najdelikatniejszych cieni na twarz – są na tyle twarde, że można nakładać kilka warstw, a i tak ślad jest ledwie widoczny. Ale to dobrze bo z całego zestawu wystarczyłyby trzy ołówki.

No, dobra, czas na podsumowanie bo rysunek mi się kończy.

Największe plusy?  Na pewno duży rozstaw twardości. Czy miękkości… od 9h do 9b, choć moim zdaniem to aż nadto, ale fajnie wyglada w pudełku.

Najwiekszy minus? Kolor. Serio. Jest niebieski. Taki po prostu niebieski. Mógłby być nieco złamany, bardziej stalowo-niebieski.  I można by mu wtedy nadać coolową nazwę. Np space blue.

A tak poważnie, to nie wiem do czego się przyczepić. Może do tej specyfiki rysowania nimi. Nie są jak typowe ołówki. Są bardziej miekkie, tluste wręcz. Bardziej jak kredki niż ołówki. Ale szczerze mówiąc nie wiem, czy to wada. Na początku dziwnie się nimi rysowało.  Efekt jest bardziej malarski niż rysunkowy. Ale koniec końców powiem Wam, że chcę do nich wrócić. Tak. Chcę zrobić nimi kolejny rysunek.  Mają w sobie coś, co wciąga. Choć  Po jednym portrecie nie potrafię powiedzieć czy je lubię czy nie.

Jednakże jest jeszcze coś, o czym należy powiedzieć, a co stawia te ołówki na bardzo wysokiej półce.

Jak wspomniałem na początku,  upuściłem ołówki na biurko, aby sprawdzić czy się połamią. Podczas całego rysowania nie napotkałem na ani jeden uszkodzony grafit.  To jest cecha nie do przecenienia bo kohinory czasem nawet już w połowie ołówka musiałem wyrzucać, nie dało się ich już ostrzyć, grafit wewnątrz był już tak połamany. O tragedii Koh-i-noorów możecie poczytać TUTAJ

Wspomniany wcześniej ołówek 5b, który zrzuciłem kilka razy – zatemperowałem do samego końca i okazało się, że w żadnym miejscu się nie złamał.

Do samego koniuszka jest cały.

Nieprawdopodobne ale prawdziwe. Pierwsze ołówki, które nie działają mi na nerwy. Duże brawa dla producenta nie tylko za produkt, ale przede wszystkim za spełnione obietnice.

Politycy – patrzcie i uczcie się, jasna cholera!

A film z rysowania Stevena Tylera obejrzycie na moim kanale YouTube TUTAJ

9 thoughts on “Lecimy na Marsa, czyli słów kilka o ołówkach Staedtler

  1. zadziwił mnie ten wpis. Kupiłam ten sam pakiet steadlerow, ołówek 9b ani razu nim nie rzuciłam, złamał mi sie 8 razy, zuzyłam cały na rysunek formatu a3 gdzie cieni az tak wiele nie było. Ja osobiscie „niełamliwością” jestem zawiedziona 🙁

  2. Straaaaaasznie jestem ciekawa tych ołówków!!!!! Nie mogę się wręcz doczekać aż będę miała czas na jakiś rysunek 🙂 ale jeśli one są plastusiowe,to napewno je polubię 😀 Ciekawi mnie jeszcze jedna rzecz…….Ty masz zestaw powiekszony,z tego co pamiętam to o ołówki z matowym efektem,te czarne…..probowałeś je????? Co do Liv…..hmmmmm jakie „ach”? Tatus jest sto razy ładniejszy 🙂 Film super,rysunek mega. To by było na tyle. Dziękuję 😉 😀

    1. Ajjjj!!! Mogłem do paczki wsadzić!!! Wrrrrr
      W następnej Ci podeśle. Zobaczysz, to są matowe ołówki, tylko, że mam same 8b ale przynajmniej zobaczysz w czym rzecz

      1. Nic nie posyłaj…..poprostu opowiedz,jak ołówki mogą być matowe????? Bardzo mnie to interesuje 🙂 Co nie znaczy,że koniecznie muszę je mieć! Mam tyle ołówków,że przez 10 lat ich nie wyrysuję 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.