Test Kredek Derwent Procolour

„Derwent Procolour to kredki artystyczne, które są doskonałym połączeniem precyzyjnej i ostrej kreski z miękkością, gładkością rysowania, silnym kryciem wosku, przy miękkości oleju. Kredki Derwent Procolour są bogato napigmentowane. Utrzymują ostry grot do precyzyjnych rysunków przy minimalnej ilości okruchów, które mogą spowodować powstanie niechcianych smug na pracy.Unikalna formuła kredek Procolour gwarantuje czystą pracę za każdym razem. Profesjonalni rysownicy, którzy testowali kredki, byli zachwyceni, połączeniem precyzji z miękkością, mocnymi kolorami, możliwościami łączenia i nakładania kolorów. Kredki Derwent Procolour współdziałają z gamą akcesoriów takich jak pisak blender do kredek czy papierowe wiszery. Dostępne w zestawach 12, 24, 36 i 72 kolorów w metalowych pudełkach oraz zestawach 48 i 72 kolorów w pięknych drewnianych kasetach.”

To słowa ze strony producenta… A jak jest w naprawdę? Czy piękny opis ma potwierdzenie w konfrontacji z rzeczywistością i oczekiwaniami rysowników?

Otrzymałem zestaw 36 kredek do testu od Sklepplastyczny.pl i szczerze Wam przyznam, że nie mogłem się doczekać, kiedy będę mógł te cuda wypróbować, i wcale nie ze względu na rzekome wspaniałe właściwości, i zachwyty profesjonalistów, ale z powodów wręcz przeciwnych, ponieważ do produktów firmy Derwent zraziłem się już jakiś czas temu.
No, dobra… nie do wszystkich produktów, bo ich gumkę elektryczną uważam za najlepszą na świecie. Mam na myśli kredki. Kupiłem jakiś czas temu zestaw Coloursoft oraz Artists. Nie czas i miejsce teraz na ich opis, ale wspomnę jedynie, że nie narysowałem przy ich pomocy ani jednej pracy. To materiał zupełnie nie dla mnie. Jedne zbyt twarde, drugie zbyt tłuste. Procoloury, natomiast, podobno plasują się pomiędzy tamtymi dwoma. Zanim się za nie zabrałem, czytałem kilka innych recenzji. Generalnie wypadały pozytywnie, ale gdzieś utknęło mi w głowie stwierdzenie, że fatalnie zachowują się na gładkim papierze. Dopadła mnie chwila rozterki, bo właśnie planowałem tymi kolorami stworzyć śliczny portret Margaret na gładziutkim, białym papierze. A tu BACH…

Ale nic to. W końcu od czego są wyzwania?

Gdy tylko dotarła do mnie paczka…. Nie wiem, czy wszyscy to rozumieją, ale osoby rysujące na pewno. Materiałów pod ręką nigdy nie jest za mało. Dziesiątki ołówków, całe stosy kredek, różnych zestawów, gumki, blendery, pędzle, temperówki… Ile byśmy ich nie mieli to i tak każdy kolejny zestaw cieszy jak nowa zabawka z młodzieńczych lat. Tak, wiem… nie wszyscy wyrośli i niektórych z Was nadal cieszą zabawki 😀 Ale tym bardziej zrozumiecie moje podekscytowanie przy otwieraniu paczki. Nawet gdyby okazało się, że kredki nadadzą się tylko do rozpałki – i tak oczy mi świeciły. Nawet nie wiecie, ile do tej pory kupiłem różnych zestawów czy to kredek, czy ołówków, których nawet nie otworzyłem. Część nadal leży, część rozdałem, o niektórych zapomniałem… Mimo to, każde otwarcie nowej paczki budzi te same emocje.

I w tym momencie pierwszy plus dla producenta. Elegansie metalowe pudełko. Wiecie, mi generalnie jest to bez różnicy, z reguły i tak wszystkie ołówki i kredki walają się u mnie po biurku lub stoją pomieszane w słoikach, ale to zawsze miło gdy opakowanie jest jednak solidne.

W środku 36 kolorów – i tu od razu kolejny plus. Obawiałem się, że 36 to stanowczo za mało, ale w tym przypadku barwy są tak dobrane, że jest to solidna podstawa w zasadzie do każdego rodzaju rysunku. Mamy kolor cielisty, są róże, żółcie, w tym jeden, słomkowy, czy piaskowy, jak kto woli, dwie czerwienie – wystarczająco, sporo zieleni i brązów, co uważam za konieczność.

Ten dobór kolorów był dla mnie sporym, pozytywnym zaskoczeniem, bo u konkurencji brakuje mi właśnie tak dobrze zestawionych barw w mniejszych zestawach. Z reguły producenci pchają do tańszych zestawów kolory proste, rzekłbym nawet – jak dla dzieci, a tutaj piękne, przełamane barwy. Derwent – szacunek.

Jednakże, niezbyt dobre doświadczenia w przeszłości z derwentowskimi kredkami studziły moją radość, dlatego też, zanim zabrałem się za pracę z nimi, postanowiłem wykonać mały test, który pokaże, jak pigment współpracuje sam ze sobą, jak kolory mieszają się, czy pozwolą na nakładanie wielu warstw, co uważam za cechę najważniejszą przy wyborze kredek. W tym teście porównałem ze sobą: Derwent Procolour, Koh-i-noor Polycolor, Faber-Castel Polychromos, Lyra Rembrandt Polycolor i niestety, z żalem stwierdzam, że w tym zestawieniu Derwenty wypadły najgorzej.

Można by się zastanawiać, czy nie na równi z Lyra, ale w przypadku tych ostatnich kredki mają tendencję do mieszania swoich barw podobnie do farb olejnych, ale warstwy nakładają się dość ładnie.

Procoloury bardzo ciężko przyjmują każdą kolejną warstwę. W ogóle stwierdzenie, że „przyjmują” warstwę jest dość ryzykowne, miałem raczej wrażenie, że odpychają… Po pierwszym, bardzo dobrym wrażeniu, przyszło, zatem, rozczarowanie. W głowie świtała mi, jednak, nadzieja, że stało się tak, ponieważ test został wykonany na zwykłej kartce xero. Ot, najtańszej, byle jakiej, więc na dobrym papierze mogłoby być inaczej.

Czas zatem zabrać się za coś konkretniejszego. Margaret. No, właśnie, miała być Margaret ale po konsultacji z fanami strony Sklepplastyczny.pl – wszyscy razem postawiliśmy na Szalonego Kapelusznika, w którego rolę w Alicji wcielił się Johnny Depp. Postać bardzo barwna, zarówno na wielkim ekranie, jak i na moim rysunku, więc wyzwanie ogromne.

Sporą zaletą przy pracy był, jak już wspomniałem wcześniej, bardzo dobry dobór barw do tego, jakby nie patrzeć, małego zestawu. W zasadzie, nie miałem problemu z brakującymi kolorami. I być może właśnie to nieco ratowało sytuację, bo w trakcie rysowania potwierdziły się moje obawy o pracy na warstwach. Nakładanie kilku kolorów na siebie jest okropnie ciężkie. Po pierwsze, pigment nie rozkłada się na papierze równomiernie. Ciężko o uzyskanie idealnej plamy barwnej, a co za tym idzie, każda kolejna warstwa koloru powoduje, staje się również nierówna. Pigment kredek jest bardzo nasycony, dzięki czemu barwy są intensywne i to jest, oczywiście, plus, ale aby to nasycenie uzyskać, należy kredkę dość mocno przycisnąć. To, z kolei, sprawia, że pozostawiają one solidną woskową warstwę, która zatyka sobą pory papieru, a to znowu powoduje utrudnione dodawanie warstw kolejnych. Zagmatwałem?

Pokażę na przykładzie.

Tak wygląda nakładanie koloru na papier. To nie jest moja niestaranność, wierzcie mi. Cholernie ciężko jest to zrobić równo i trzeba poświęcić mnóstwo czasu, aby uzyskać jednolitą plamę, co często w ogóle się nie udaje. Ciśniemy, więc, mocniej, przez co ślad kredki robi się woskowy i kolejny kolor, jaki chcemy nałożyć po prostu ślizga się po poprzednim.Ta wada ma, jednak, swoją zaletę… Otóż to, co powoduje problem z nakładaniem kolorów, jednocześnie sprawia, że kredki się nie łamią. Grot, szpic, nosek, dzióbek – jak wolicie – można zaostrzyć na cieniutko i rysować bez obawy o jego skruszenie, co jest ważne przy drobnych elementach rysunku. Dzięki temu, nie ma potrzeby ciągłego temperowania, a same kredki wystarczają naprawdę na długo. Przez wspomniane problemy, rysunek robiłem dość długo, łącznie zajęło mi to 9 godzin. Coś tam wyszło, możecie ocenić sami, a ja postaram się o szybciutkie podsumowanie.

Najnowsza propozycja firmy Derwent dla artystów – kredki Procolour – to zestaw 12, 24, 36 lub 72 kolorów w eleganckich metalowych pudełkach. Obiło mi się jeszcze o uszy, że być może pojawią się również boxy drewniane, choć jeszcze ich nie widziałem. Wizualna strona jest bez zarzutu, same kredki pozostają w tym samym stylu, co poprzednie linie produktowe. Świetnie się prezentują, robią wrażenie i na pewno sprawdzą się jako piękny prezent, nie tylko dla amatorów ale i dla zaawansowanych artystów, dla których taki zestaw może nie będzie głównym materiałem do pracy, ale na pewno świetnie uzupełniającym. Rzecz w tym, że nie zaryzykowałbym postawić w pracy wyłącznie na Procoloury, ale sądzę, że dobrze je mieć ze względu na ich pozytywne cechy: intensywność barw, niełamliwość oraz dobry efekt przy delikatniejszych fragmentach rysunku. Tak, delikatniejszych. Całkiem przyjemnie rysuje się nimi, gdy nie ma potrzeby używania mocnego kontrastu. Taki lekki, szybki szkic wykonałem jeszcze na koniec testu.Mocniejsze barwy da się uzyskać i wyglądają one całkiem dobrze, pod warunkiem, że będziecie robić częste przerwy na rozluźnianie nadgarstka.

Jeśli chcecie obejrzeć, jak powstawał  rysunek Kapelusznika – zapraszam na mój kanał YouTube, tam już czeka na Was film 😀 – KLIKNIJ TUTAJ

 

Wpadajcie również śmiało na Mój Instagram. Jestem pod nickiem:   KRISSWIELICZKO

 

2 thoughts on “Test Kredek Derwent Procolour

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.