Kot z Cheshire – test kredek Staedtler

Nogami przebierałem z niecierpliwości, aby je przetestować. Czemu? Tak do końca to sam nie wiem… Może dlatego, że strasznie wnerwiały mnie łamiące się ołówki i kredki innych firm, a tutaj – Kredki z ABS, których podstawową cechą jest niełamliwość! A może dlatego, że wcześniej rozpływałem się z zachwytu nad ołówkami Staedtler`a? O tych ołówkach możecie poczytać w moim wpisie tutaj:  Lecimy na Marsa 

Tak czy inaczej, kredki wylądowały u mnie na biurku razem z blokami od Happy Color i nie mogłem się doczekać, by coś nimi maznąć. Tak bardzo się nie mogłem doczekać, że całe dwa miesiące trwało, zanim znalazłem czas, by się za to zabrać. Do współpracy wybrałem blok Malarski Happy Color i możliwe, że to był pierwszy błąd. Potem zapytałem internautów, co narysować i to zapewne był drugi błąd. No nic, za błędy trzeba płacić, prawda?

Czas do pracy.

Blok Malarski od Happy Color. Skoro malarski to do kredek się nadaje, prawda? Przecież to kolor i to kolor…

Format A4 – myślę sobie – szybko pójdzie.

Nie wiem, co ja sobie jeszcze myślałem, ale może to i lepiej, że nie pamiętam.

Kredki dostałem w dwóch wersjach. W kartonowym pudełku oraz w metalowym. I pomiędzy takimi możecie na rynku wybierać. Co lepsze? Kiedyś myślałem, że płacenie więcej za metalowe czy drewniane pudełko to idiotyzm i wyrzucanie kasy w błoto, ale przeszło mi od kiedy mam kilka zestawów kredek i wszystkie gdzieś trzeba trzymać. Z porządnym, metalowym, tudzież drewnianym pudełkiem nie ma problemu – macie osobne przegródki, do których wkładacie kredki i cześć pieśni. A kartonowe? Do rysowania trzeba wszystkie wysypać, bo wyciągnie ich po kolei z pudełka podczas rysowania to jakaś udręka. Co prawda, znam osoby, które grupują sobie kolory i trzymają w słoikach, ale koniec końców zabrakłoby mi miejsca na słoiki… Zdecydowanie wygrywa u mnie metal z przegródkami, ale plus dla Firmy, że daje wybór.

Dobór kolorów w wersji 36 uważam za całkiem dobry, nie można narzekać, że czegoś tam brakuje, chociaż ja uważam, że w każdym zestawie jakichkolwiek kredek, zawsze za mało jest brązów.

Wersja z 24-kredkami – też bez marudzenia, w zasadzie wszystkie niezbędne barwy są, aczkolwiek jeden i drugi zestaw to kwestia 10 zł różnicy, więc chyba bym wolał dychę dołożyć i cieszyć się większą tęczą.

 

Od pierwszych kresek coś mi, jednak, nie grało. Osobiście przyzwyczajony jestem do miękkich kredek jak Polycolory czy Polychromosy. Kredki Staedtler`a są twarde. Bardzo twarde. Jak nie znoszę wyrobów Derwent – tak wolałbym chyba pracować ich kolorami. Nie. Nie wolałbym. Żartowałem. Nie zmienia to faktu, że ABS`ki trzeba mocno przyciskać, aby z nich wydobyć soczysty kolor. Ćwiczenia rozluźniające nadgarstki konieczne są co każde pół godziny, w przeciwnym razie będziecie mieć ręce w gipsie…

Ta twardość mnie zaniepokoiła. Skoro trzeba mocno cisnąć, to może być problem z nakładaniem kolorów na siebie. Podczas pracy, zwykle nakładam kilka warstw na i z mojej strony jest to wymóg, a nie życzenie. Postanowiłem sprawdzić, jak się sprawa ma wykonując prosty test. Nałożyłem na siebie trzy kolory. Piaskowy, czerwony i ciemny brąz oraz porównałem z innymi kredkami.

Oto wynik:


Na pierwszy rzut oka widać, że Staedtler poradził sobie najgorzej. Co ciekawe – Faberki i Lyra, mniej-więcej porównywalnie, też kiepsko, a najlepiej wypadły Polycolory od Koh-i-Noor.
Winą za ten stan rzeczy obarczam papier. Niefortunnie dobrany, bardzo miękki – twarde kredki Staedtler`a zwyczajnie go rozrywały. Jeśli będziecie mieć okazję pracować na bloku malarskim – zdecydowanie polecam Polycolory.

Skoro, jednak, powiedziało się A to trzeba wybekać B. Nie ma rady, kota należy skończyć.
Łatwo powiedzieć skończyć… Faktycznie, potwierdziły się obawy o kiepskim łączeniu się kolorów, a futerka mają to do siebie, że trzeba na nie nałożyć kilka warstw, aby wyglądały porządnie. Nie rysowałem tego kota. Ja go mordowałem chyba ze dwa tygodnie. Za nic w świecie nie chciało mi się do niego siadać i nie miałem cierpliwości, by skończyć.

Któregoś pięknego wieczoru (czytaj: jakiegoś święta, gdy nie pracowałem nad zamówieniami) postanowiłem podejść do sprawy jak mężczyzna a nie sznycel! Skończę sierściucha albo zjem te kredki!
Zaparzyłem mocną kawę, zamknąłem się w pracowni, puściłem z Tidala Eda Sheerana i… jakoś mi się zaczęło przyjemnie rysować. Zapomniałem o dotychczasowym sposobie rysowania i dałem kredkom robić, co chcą. Było mi już wszystko jedno. I nagle okazało się, że rysunek sam się tworzy. Do tej pory próbowałem tymi kredkami mazać tak samo jak Faberkami i to był trzeci błąd. One nie rysują w ten sam sposób. Ten produkt jest delikatniejszy, trzeba obchodzić się z nim subtelniej. To jak przeprowadzanie bladej damy rodem z Pana Tadeusza, po głazach na rzece. Wyobraźcie to sobie: prowadzicie taką blond anielicę w zwiewnej sukience i białych butkach po śliskich, wygładzonych przez wodę kamieniach. I ma Wam nie chlupnąć! Tak pracuje się tymi kredkami. Pod koniec nawet zaczęło mi się to podobać. Okazało się, że lekkie muśnięcia lepiej łączą ze sobą warstwy niż mocne uściski. Barwy zaczęły na kocie grać, tańczyć, falować, wręcz głowę bym dał, że mu się to futro porusza…

Przy ostatnich kreskach kończących rysunek miałem nawet pewien niedosyt, żal, że to już koniec i mocne postanowienie, że coś jeszcze nimi narysuję. Sam w to nie wierzę. Na samym początku, miałem obrzucić Staedtler`a najstraszniejszymi epitetami, jakie znam i oddać te kredki komuś, kogo nie lubię, ale raz – że nie znam nikogo, kogo bym nie lubił, a dwa – że mają one w sobie coś, co sprawia, że chce się do nich wracać. Przy kontakcie z nimi człowiek z jaskiniowca staje się baletnicą. Sam w tej chwili marzę, by założyć różową sukieneczkę i stworzyć jakiś romantyczny, pełen niepokoju i tajemnicy portret.

Ej! Tylko mi tu nie pomyślcie, że chwalę ten produkt. Wcale go nie chwalę. Wolę zdecydowane pigmenty, którymi da się uzyskać mocny kontrast, bez ćwiczenia bicepsów, ale sam fakt, że zostawiam u siebie te kredki, zamiast rozpalić nimi ognisko (tak, tak – na opakowaniu pisze, że są bezpieczne dla dzieci, więc dla środowiska zapewne też), świadczy o tym, że jakiś diabeł w nich siedzi i kusi. Szczególnie, że cena jest uwodzicielska – od dwudziestu do trzydziestu złotych.

I właśnie teraz przeszła mi przez głowę myśl, by napisać, że nie polecam tego zestawu do wykonywania poważnych zleceń i nie odważyłbym się na narysowanie nimi portretu, a zaraz po tym przebiegła mi po czaszce kolejna myśl krzycząca: Ja? Ja bym nie dał rady??? W związku z tym, zanim wydam ostateczny werdykt, będę musiał sam sobie udowodnić, że się nimi da lub nie, stworzyć poważną pracę.

No bo, umówmy się – jakby nie patrzeć, tych oczu i zębisk za poważne brać niemożna…

I jeszcze na koniec słowo o tym całym systemie ABS. Widzicie na zdjęciu poniżej tę białą powłoczkę?


To jest właśnie ta szczypta magii, która powoduje, że kredki się nie łamią. Faktycznie, przez cały rysunek nie nie trafiłem na żadną połamaną duszkę, podczas temperowania również nic takiego się nie przytrafiło. Tylko, że Firma chyba za mocno skupiła się na opracowaniu tego dobrodziejstwa i zapomniała, co w kredkach jest najważniejsze, co było tak genialne w ich ołówkach – to, że wspaniale, przyjemnie i z zachwytem się nimi pracowało. Kredkami, w momentach, gdy zależy nam na głębokiej barwie lub kilku warstwach, można rzucać z nerwów, co zresztą mam zamiar zrobić przeprowadzając ostateczny test na łamliwość. Czekajcie, zatem, na kolejną pracę wykonaną tym zestawem i wpis ostatecznie rozprawiający się z produktem marki Staedtler.

A już wkrótce, na kanale YT pojawi się film z rysowania kota – musicie mi dać chwilę, bo mój internet dryfuje w tempie lodowca, ale już dziś zapraszam Was zo zapoznania się z filmami, które już tam są:
Mój YouTube – KLIKNIJ TUTAJ

No i, oczywiście, zapraszam Was na Instagram, gdzie pojawiają się codziennie zdjęcia i relacje z mojej pracy:

Intsagram: KRISSWIELICZKO – Kliknij Tutaj

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.