Jak odkryć swoje powołanie?


Brzmi zbyt poważnie? Górnolotnie? A ile razy zastanawialiście się: Kim być w życiu? Czym się zając? Gdzie pracować? Istnieje metoda, która pozwoli Wam bardzo szybko znaleźć odpowiedź. Mnie wystarczyło kilka minut.

Dopóki jesteśmy dziećmi, nie mamy z tym problemu. Każdy z nas miał nie tylko marzenie zostania policjantem, muzykiem, lekarzem, artystą, strażakiem, nauczycielem czy kim tam jeszcze chcecie, ale to była wręcz święta pewność. Widzieliśmy się w tej roli w zabawach i snach, i za nic w świecie nikt by nam nie wmówił, że mogłoby być inaczej.
Póki byliśmy w przedszkolu – życie było cudowne a kariera pewna jak żółtko w jajku. Co się stało potem? Poszliśmy do szkoły.

Poza kilkoma przydatnymi rzeczami jak pisanie, czytanie i tabliczka mnożenia, nauczono nas również, jak powinnismy myśleć. Powiedziano nam, co się opłaca, a co nie, co jest możliwe, a co poza zasięgiem zwykłych ludzi. Nauczono nas, że marzenia są dobre dla ośmiolatków ale dorośli muszą myśleć poważnie. A studia? Kto z Was poszedł na wybrany, wymarzony, wyśniony kierunek, bo zamierzaliście związać z tym swoje całe życie? Nie podnoście ręki, bo gdyby tak było, nie marnowalibyście dziś czasu, by przeczytać ten tekst.

Prawda jest taka, że milion różnych spraw i historii, gdzieś po drodze, zasłoniło nam naszą dziecięcą pewność, że świat jest piękny a my genialni. Poszliśmy do pracy, żeby móc jeść nie tylko u mamy i by nam nie wyłączyli internetu. I tak dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, aż przestaliśmy liczyć sylwestrowe noce… Większość z nas wzięła pracę pierwszą z brzegu, bo przecież dziś tak trudno o etat, bo trzeba za coś przeżyć, opłacić rachunki, zadbać o rodzinę… No i tutaj się zatrzymajmy na sekundę. Czy naprawdę jesteśmy w stanie porządnie zadbać o naszych najbliższych, gdy codziennie musimy chodzić do pracy, której nie lubimy, z której wyciągamy tylko tyle, by jakoś nam się udawało wiązać koniec z końcem? Trochę uogólniam, wiem, że nie wszyscy są niezadowoleni ze swojej pracy, ale zakładam, że skoro to czytacie to jesteście w takim punkcie swojego życia, w którym nie do końca wiecie, czy właśnie tak ma wyglądać Wasza przyszłość. Bądźmy szczerzy. Czy osoba, która niechętnie każdego dnia podąża do swych zajęć, zarabia „jakoś tam”, w konsekwencji tejże niechęci i niezadowolenia z pensji nie jest zbyt szczęśliwa ze swego położenia, naprawdę jest w stanie zadbać o rodzinę? Czy jest w stanie przekazać właściwe wzorce swoim dzieciom? Być oparciem dla życiowego partnera? Oczywiście, możemy po pracy radośnie wybiec do domku i oddać się swoim pasjom, ale im bliżej do kolejnego dnia, tym bardziej ciąży nam myśl, że jutro znów pół dnia będziemy udawać, że wszystko jest ok.

Taki system jest w nas zakorzeniony i taki system przekazujemy kolejnym pokoleniom. I większość ludzi uzna to za właściwe, bo przecież praca to praca, a życie to życie.

Ale Wy, którzy to czytacie, macie w sobie coś jeszcze. Jakąś uciążliwą uciążliwą myśl o niespełnieniu, która każdego dnia dokucza Wam przy byle okazji; podczas spotkania z uśmiechniętymi przyjaciółmi, podczas zakupów, na ulicy, gdy przejechał piękny samochód, podczas rozmowy z dawnym znajomym, gdy pada pytanie: „Co tam u Ciebie? Jak żyjesz?”

Kładziecie się wieczorem do łóżka i nie daje Wam zasnąć myśl, że gdy za rok znów spotkacie owego znajomego, po raz kolejny odpowiecie mu: „A, nic, stara bida. Jakoś leci.”

I nie chodzi mi wcale o to, by pokazywać się ludziom jako ktoś kim nie jesteśmy, w lepszych kolorach, mocniejszym świetle. Chodzi mi o to własne, głębokie, gryzące w cztery litery uczucie, że „chciałbym inaczej”. Tylko jak…?

Takie uczucie często nam niknie w natłoku codziennych obowiązków, ale potem wraca i uderza ze zdwojoną siłą, bo kolejny rok przeleciał, kolejna cyfra na torcie, a my wciąż nie wiemy, co z tym życiem zrobić.

Tak. Ja też tak miałem. Niby pracuję, niby wszystko jest ok, ale od czasu do czasu coś drapie po sumieniu. Któregoś dnia postanowiłem zmienić swoje życie. Porzucić smętną szarość i powinności społeczne, które wiązały mnie i ściskały coraz mocniej. Oczywiście, porzuciłem etat, założyłem własną firmę pełen przekonania, że teraz wszystko będzie cudowne, proste, a ja cholernie szczęśliwy. Dwa lata później firma zbankrutowała i szarość wróciła. Ale nie byłbym sobą, gdybym się poddał. Postanowiłem obserwować innych i wprowadzać do swojego życia to, co u nich wydawało mi się właściwe, piękne, wspaniałe.

Znacie to, prawda? Jeden mój znajomy słuchał bluesa i często spotykał się z innymi a to w knajpie, a to na grillu, tudzież na wspólnym wypadzie. To było cool! To i ja zacząłem. Ktoś inny codziennie wrzucał na FB czy Insta uśmiechnięte zdjęcia, a wiadomo – jak ktoś uśmiechnięty to szczęśliwy i mu się powodzi. To ja też! a tamten to wciąż pokazuje fotki z nowych miejsc. A inny za każdym razem w nowych ciuchach. Za każdym razem, gdy znalazłem kogoś, kogo życie mnie fascynowało i powodowało motyle w brzuchu – starałem się go naśladować. Dziś obserwuję, że stało się to nawet jakby modne: naśladowanie naszych „lepszych” znajomych. Takie myślenie, że jeśli będziemy robić to, co oni, będziemy mieć to, co oni.

I sporo jest w tym prawdy, ale jeden drobny szczegół powoduje, że taki system upada. Bo my – to nie oni. Po jakimś czasie, okazuje się, że to, co uszczęśliwia ich, niekoniecznie uszczęśliwi również nas. Owszem – mamy mnóstwo fajnych, uśmiechniętych zdjęcia na fejsie, całe zastępy znajomych, którzy zaczynają kopiować nasze radosne fotki, a w środku ciągłe uczucie niespełnienia, zmęczenia i narastającej niechęci do wszystkiego wokół.

I wtedy przychodzi czas, by postanowić wreszcie, kim chcemy być? Czy chcemy być tacy, jako „oni”, czy chcemy być sobą i mieć własne, wspaniałe życie? Takie, do którego będziemy uśmiechać się niewymuszenie jak do selfiaka, ale autentycznie?  Czas być tym, kim chcemy być, a nie tym, kogo chcemy naśladować.

Pozostaje jednak pytanie: „Kim ja, do licha, chcę być?”. Jeśli dziś jestem grafikiem komputerowym, to czy chcę nim być do końca życia, czy może będę szczęśliwszy jako restaurator?

Jakiś czas temu stanąłem przed tym pytaniem. Generalnie, pasjonuje nas w życiu kilka spraw. Mnie osobiście cały milion! Mógłbym być rysownikiem, tak jak obecnie. Ale równie dobrze fascynuje mnie świat gastronomii. Chociaż umiem zrobić tylko naleśniki i jajecznicę, to jestem pewien, że byłbym genialnym kucharzem czy piekarzem, wystarczy się nieco przyłożyć. O! Wiem! Byłbym niesamowitym pisarzem! mam trylion pomysłów na książki. Mogę być blogerem, youtuberem, wykładowcą, kierowcą, właścicielem firmy budowlanej. Cholernie mi trudno, bo wiem, że mogę być kimkolwiek zechcę, problem w tym – kim naprawdę być chcę?

Z pomocą przyszła mi książka „7 nawyków skutecznego działania”, w której Stephen Covey zadaje kilka kluczowych pytań i z których wyłania się genialna metoda na odnalezienie swojego powołania, swej życiowej drogi. Kilka minut później wiedziałem, co chcę w życiu robić i kim chcę umrzeć.

Tak. Umrzeć.

Zdaję sobie sprawę, że niektórych ta metoda może śmieszyć i napiszecie mi, że to najgłupsza rzecz, jaką przeczytaliście. Jednak spróbujcie podejść do tego śmiertelnie poważnie. Życie jest wspaniałe tylko dla tych, którzy zdają sobie sprawę, że prędzej czy później się skończy i potrafią wykorzystywać każdą chwilę.

Zamknijcie oczy.

Wyobraźcie sobie swój pogrzeb.

Zobaczcie to jak na filmie. Jaka jest pogoda? Jaki cmentarz? Jaki macie pomnik? Jak ubrani są ludzie, którzy przyszli Was pożegnać? Wyobraźcie sobie, że każda z tych osób ma powiedzieć kilka słów o Was? Znajomi, współpracownicy, żona, mąż, dzieci, sąsiedzi… Zapytajcie samych siebie, co chcielibyście, aby powiedzieli? Po jakich słowach przepełniła by Was duma? Jakie wspomnienia najbliższych sprawiłyby Wam radość? Co chcielibyście usłyszeć?

Ja już wiem.

Teraz czas zacząć być takim człowiekiem.

 

7 thoughts on “Jak odkryć swoje powołanie?

  1. W sedno! Czasami mam wrażenie, jakby siedział Pan w mojej głowie 😀 Z pewnością jest ona też głową wszystkich Anek, Kasiek i innych Stefanów, bo mnóstwo wokół ludzi, którzy pracują, bo muszą, nie dlatego, że lubią to, co robią.
    Dla mnie w życiu nie ma przypadków i pewne wydarzenia, ludzie, których spotykamy są motorem napędowym. Można z niego zrobić użytek, popchnąć swoje życie w kierunku, w którym chciałoby się zmierzać, albo też patrzeć na nich z zazdrością.
    Ja pewnego dnia trafiłam na tego bloga. A może na Instagrama. A może na stronkę na FB – sama już nie wiem 😉 I doznałam olśnienia. Olśnienie trwa. Kierunek obrany. Pracuję nad swoją przyszłością. I za to będę zawsze dziękować! Mój inspirujący człowieku! 🙂

    1. Cieszę się bardzo, że mogę choć odrobinę pomoc. W życiu nie ma smutniejszego widoku niż ludzie, którzy idą do pracy bo muszą, pracują w miejscu, którego nie znoszą, z ludźmi, których nie cierpią za pieniądze, których nie widzą… A najgorsze jest to, że większość z tych ludzi mówi: „Z moim wykształceniem nic lepszego nie znajdę”. I koło się zamyka

  2. A ja nie czytam książek na temat jak postrzegać siebie i myślę,że Tobie to tez po kij potrzebne. Mam swój sposób na życie i mimo,że do milionów nie dojdę,to tak szczerze nawet nie chcę.Jestem szczęśliwa.Swój pogrzeb widze w dwóch odsłonach… albo będzie cichy i nikt o nim się nie dowie,albo imprezka na calego😁 Innej opcji nawet nie dopuszczam.

    1. A, widzisz, Ania, ja akurat potrzebuję. Codziennie potrzebuję dawki inspiracji, szczyptę pewności, że dobrze robię, bo wątpliwości przychodzą na każdym kroku. I jeszcze nie tak dawno miałem okropny problem z określeniem, co tak naprawdę chcę od życia. Okazało się, że wcale nie chcę go po prostu przeżyć. Ale odpowiedź, czego chcę i jak chcę by moje życie wyglądało wcale nie była taka oczywista…

  3. O swojej śmierci myślę za dużo – więc nie tędy droga. Przynajmniej nie dla mnie.
    Staram się żyć z całych sił, tak po prostu. Dzieląc pasje pomiędzy pracą na etacie od 10-tej do 18-tej, a partnerem i prozą dnia powszedniego – gotowaniem, praniem, sprzątaniem… Sądzę, że znalazłam potrzebny balans, dzięki któremu nie stoję w miejscu i nie mam za bardzo czasu na użalanie się. Przy odpowiedniej organizacji i znajdowaniu frajdy w każdej, najbardziej banalnej czynności, człowiek jest w stanie zrozumieć, że jest szczęśliwy – szczęście (lub jego brak) mamy zakorzenione w głowach. Słowem – nie wystarczy rzucić wszystkiego i wyjechać w Bieszczady, trzeba zmienić sposób postrzegania…
    Pozdrawiam 🙂

  4. Ja osobiście uważam, że warto, może nie tyle naśladować, co uczyć się, podpatrywać od „lepszych” czyli takich , którym się udało osiągnąć swój cel, Dzięki temu, że czytam tego bloga, a i oglądam przepiękne inspirujące rysunki na Twoim facebooku sama odważyłam się w ten sposób zarabiać na swojej pasji(udało mi się już wysłać kilka rysunków, z których klienci byli zadowoleni), Pozdrawiam:-)

    1. Gratuluję! Tak trzymaj!!! A w naśladowaniu chodzi mi o to, by po drodze nie zgubić swojej osobowości. Oczywiście, uczyć się trzeba od kogoś, ale najważniejsze by umieć to przełożyć na własne życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.