Gdzie szukać wiedzy?

Odpowiedź jest tak samo prosta jak zadane pytanie.

We wcześniejszym wpisie, który znajdziecie TUTAJ  pisałem o tym, że studia bardzo często nie są najszczęśliwszym miejscem do pozyskiwania wiedzy i umiejętności, na jakich nam zależy. I nie chcę przez to powiedzieć, że szkoły w ogóle są złe, bo nie są. W  niektórych przypadkach to jedyna możliwość do rozwoju, jednak zbyt lekkomyślnie wybieramy kierunek lub nie wybieramy go wcale. A po pięciu latach wychodzimy sfrustrowani z dyplomem, który do niczego nam potrzebny nie jest i dopiero wówczas zastanawiamy się, co ze swoim życiem począć. Jedyne, co wówczas nam zostaje to parę fajnych znajomości, umiejętność myślenia i kilka luk w pamięci po szalonych imprezach.

A co, jeśli interesuje nas konkretna wiedza z okrojonego lub ściśle wyselekcjonowanego tematu? Czy zawsze warto spędzać pięć lat w auli i wykuć dodatkowo tysiąc innych, pokrewnych tematów? Nie, nie zawsze gra jest warta świeczki. Jeśli chcecie zostać realistycznym portrecistą – zmarnujecie czas na studiach plastycznych, tam Was tego nie nauczą. Jeśli chcecie rysować karykatury nad morzem – podobnie. Jeśli kochacie Góry Świętokrzyskie i chcecie wiedzieć o nich wszystko – niekoniecznie trzeba iść na geografię. A gdy chcecie mieć własną firmę – studia na ekonomii czy przedsiębiorczości również nie muszą być najlepszym wyjściem. Szczególnie, gdy macie rodzinę i dzieci na głowie.

Pomyślcie chwilę. Skąd wykładowcy biorą swoją wiedzę, którą wykładają? Czy historyk przeżył wszystkie epoki, że o nich wie? Czy matematyk poznał osobiście Pitagorasa i dlatego naucza o jego twierdzeniu? Oczywiście, że nie. wiedzę tę posiedli z książek i wykładów, na które sami uczęszczali.

Większość teoretycznych podstaw całego dzisiejszego świata znajdziecie w bibliotekach. To takie miejsca, gdzie jest mnóstwo książek, pachnie kurzem i trzeba być cicho. Za czasów mej młodości, gdy człek chciał się czegoś dowiedzieć, nauczyć – szedł właśnie do biblioteki. Dziś, tak naprawdę, wiele się nie zmieniło. Nawet na uczelniach, pierwsze, co dostaniecie, to listę pozycji obowiązkowych do przeczytania.  I w ten oto sposób mamy zamknięte kółeczko.

Jednakże, osobiście, biblioteki uważam za przybytki nieco archaiczne, gdzie znalezienie konkretnej, sprecyzowanej wiedzy może się okazać zadaniem syzyfowym i jak nie walczy się dziś już maczugą i procą, tak wiedzę można pozyskać w wygodny i przyjemny sposób.

Internet. Takie to oczywiste, prawda?

Zaprotestują niektórzy, wiem. W internecie jest mnóstwo śmieci, fakeowych informacji, wyssanych z palca teorii itd. Na półkach z książkami również znajdziecie mnóstwo idiotycznych tytułów, które z prawdą wiele wspólnego nie mają, a na niektórych uczelniach – wykładowców, którzy takie książki polecają. Zasady są podobne. I tam i tutaj macie za zadanie przesiać przez gęste sito zalew informacji, jaki do Was dotrze, tylko osobiście uważam, że można to robić w przyjemny sposób na plaży, popijając drinka ze słomki, tudzież w dobrej kawiarni czy pod palmami w Kato.

Dziś to internetowe wysypisko śmieci ma jedną, ogromną zaletę. Jak to na wysypisku – jest tam wszystko. Od starych szmat, po nowe sprzęty. Trzeba wykazać się samozaparciem, cierpliwością gargantuicznych wręcz rozmiarów, aby przejrzeć miliony stron i wydobyć dla siebie to, co najważniejsze. Nagrodą za to poświęcenie jest nie tyle wiedza książkowa, co dużo bardziej wartościowa wiedza praktyczna. Albowiem, moi ludkowie, w necie znajdziecie nie tylko teorię, ale również całe złote góry doświadczenia ludzi, którzy to wszystko, czego chcecie się nauczyć – przeżyli na własnej skórze. Tego nie znajdziecie w szkołach, w których wykładają teoretycy. Nie nauczycie się biznesu od pani od ekonomii, prowadzenia restauracji w szkole gastronomicznej, czy grafiki komputerowej na wydziale, gdzie z matczyną troską pielęgnuję się miłość do Intel Celeron (a wierzcie mi – są takie wydziały grafiki).

YouTube, Facebook, Instagram, wszelkiej maści strony i fora branżowe, blogi – to nie tylko miejsce rozrywki i genialny sposób na zmarnowanie dnia, ale przede wszystkim – wspaniałe uczelnie, gdzie wykładają praktycy. To od nich nauczycie się najwięcej i co najważniejsze – najszybciej.

Uczcie się malarstwa od genialnego artysty, który prowadzi Instagram czy Youtube`a, malowania paznokci od laski, która robi to od paru lat,  a na FB ma dziesiątki tysięcy fanów, zarabiania od gościa, który prowadzi 6 firm i bloga. To są najlepsi nauczyciele. To mistrzowie w swoim fachu. Chcecie być dobrzy? Uczcie się od najlepszych.

Internetowa wiedza to obecnie istna eksplozja nuklearna. Jak grzyby po wybuchu powstają strony edukacyjne i kursy online. Coraz popularniejsze są szkolenia z transmisją na żywo. Portale społecznościowe to już nie jest miejsce spotkań kolegów z podwórka, ale z dnia na dzień to coraz większa aula z milionami wolnych krzeseł.

Owszem. Za większość kursów trzeba zapłacić. Czasem niemało, ale darmowe szkoły w dzisiejszym świecie to mit. Dobre szkolenia internetowe kosztują od kilkuset do nawet kilku tysięcy złotych. Ale ja za naukę w Instytucie Sztuk Pięknych zapłaciłem o wiele więcej. A wyniosłem… W sumie to nawet kredy nie wyniosłem…

Wiem, że nie jest łatwo wydać kasę na naukę. jednak pomyślcie, ile kosztują dojazdy, opłaty, egzaminy, książki i milion innych dupereli na uczelniach państwowych. Nie wspomnę o prywatnych czy zaocznych. Pieniądze, jednak, to nie wszystko. W dobrze dobranych szkoleniach internetowych otrzymacie w pakiecie wiedzę i doświadczenie ludzi, którzy siedzą po uszy w bagnie, do którego Wy pragniecie wejść. Kto Wam więcej powie o modelingu: szkoła teatralna czy Maffashion? O zarabianiu na YouTube: filmówka czy Rezi? O życiu z blogowania: wydział dziennikarstwa czy Tomek Tomczyk? O biznesie: wyspa przedsiębiorczości czy Bagiński?

A wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze? Oni nawet nie muszą Was uczyć. Nie musicie się zapisywać na ich kursy. Do Maffki czy Reziego nawet się nie da, ale co bystrzejsi zauważą, że samo obserwowanie ich kanałów uczy więcej niż niejedna szkoła. Czytanie między wierszami to pierwsza lekcja, którą warto przerobić.

Większość osób „na szczycie”, czyli tych, od których uczyć się warto, odkrywa część swych tajemnic za darmo. To tylko „wabik”, który ma za zadanie zachęcić Was do uczestnictwa w kursie, szkoleniu, warsztacie – jednak przy odrobine wysiłku i chęci możecie skompletować mnóstwo wabików, które ułożycie w całość, jeśli szkoda Wam kasy lub jej nie macie. A jeśli macie – pamiętajcie, że darmowa wiedza to ta, która owszem, doprowadzi Was do celu ale drogą pełną kroplówek i lewatyw. Wiedza, która kosztuje – to pigułka extasy. Łykacie i zaczyna się magia… Jedna i druga droga daje nieopisane wrażenia.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.